środa, 17 grudnia 2014

Stubborn love

Najgorzej jest wtedy, kiedy zdążę już zapomnieć. Już nie przypomina mi się, kiedy patrzę na puste krzesła. Nie On przychodzi mi wtedy na myśl. Nie pojawia się w mojej głowie przynajmniej raz dziennie, w zależności od sytuacji przywołując na moją twarz nikły uśmiech albo równie niedostrzegalną podkówkę. Nie jest przebłyskiem w myślach, kiedy zdarza mi się słuchać o kimś, komu zdarzyło się nosić to samo imię. Są dni, kiedy w ogóle już o Nim nie pamiętam.

A potem mi się śni. T o  jest najgorsze. Nieważne, jak bardzo to smutna perspektywa, wolałabym o Nim zapomnieć. Ponoć to najlepsza zemsta, a ludzie mówią mi, że na to właśnie zasługuje, nawet jeśli ta metoda miałaby być nic niewarta, bo w końcu jego występkiem było właśnie zapomnienie.


Wczoraj znowu wyrósł w moim śnie, ubrany w garnitur i speszony moją obecnością, widocznie żałujący swojej winy i starający się nie patrzeć w moją stronę. Nie ma co czarować, że po obudzeniu oczy mi się tylko zeszkliły. Przez dobre piętnaście minut leżałam ze spojrzeniem wbitym w sufit i kalejdoskopem wspomnień z tego półrocznego, szczęśliwego okresu w moim życiu przeskakującym przed oczami w niemal epileptycznej wizji. Miałam ochotę wysypać ze swojego Pudełka Wspomnień całą zawartość i wyszukać przedmioty z Tamtych dni, ale nie mogłam, już i tak ukradłam czas przeznaczony na lekcje, żeby móc płakać patrząc w sufit.

Największą zagadką jest dla mnie właśnie to, że co jakiś czas mi się śni, jakby mój mózg walczył z wyrzuceniem wspomnień o Nim z głowy. Myślałam, że to dlatego, że zdarzyło się, że są one jednocześnie wspomnieniami z ostatniego szczęśliwego czasu w moim życiu, ale przecież już wcale nie czuję się szczęśliwa na myśl o Nim, już od dawna się tak nie czuję. Dlaczego więc? Dlaczego więc podświadomość walczy z tym, co już było dawno postanowione?


Nie widziałam Go od półtorej roku, a wciąż tak samo bardzo tęsknię - i dzisiaj uświadomiłam sobie, że tęsknię nawet wtedy, kiedy o tym nie myślę. Tokarczuk napisała coś pięknego o stanie, w którym się znalazłam. Powoli przeistaczam się w podręcznikowy przykład jej rozważań i niemało mnie to martwi. Chociaż... właściwie już dawno postanowiłam, że jestem stracona. Świadomość upadku wciąż jest mimo wszystko bolesna.

Zaczęłam tylko od przeglądania starych wiadomości, kiedy około ósmej marzłam na Nowym Świecie. "Nie zapomniałem o was" wycisnęło mi kolejne łzy z oczu. Cóż za wierutne kłamstwo, pomyślałam, przez dokładnie trzy i pół sekundy wściekła jak diabli. Potem mi przeszło, znowu tylko tęskniłam. Nie mogłam znieść tego uczucia. Właśnie ono popchnęło mnie do wysłania wiadomości. Jakieś śmieszne dyrdymały, znowu grałam swoją standardową rolę wiecznie wesołego błazna, ale do śmiechu mi wcale nie było. W końcu uczyniłam coś zakazywanego mi na milion sposobów przez ludzi, którzy dla odmiany wciąż są przy mnie i myślą o mnie i dbają o mnie i pamiętają o mnie.

Czy to natura męczennika pcha mnie ciągle do takich sytuacji? Nie potrafię stwierdzić, nie było próby kontrolnej, bo od dwóch lat i pół wciąż miłością beznadziejną i głupią kocham tego samego człowieka, który zupełnie o mnie zapomniał i nie potrafię przenieść tej fascynacji na nikogo innego. Ale jeszcze nigdy nie pokochałam kogoś, kto chociaż miałby możliwość odwzajemnienia takiego uczucia, więc może, może to natura męczennika.


Odpisał, a mi ręce się trzęsły jeszcze przez następne pół godziny. Oto po roku (?) bez kontaktu rozmawiamy. Nie mogłam przeżyć. Nadal nie mogę, chociaż (podejrzewam, że wiem, z jakiego powodu) On już umilkł kilka godzin temu i nie odpowiada na postawione przeze mnie pytania, którymi kurczowo starałam się podtrzymać rozmowę.Wciąż trzymam się myśli, że jutro na nie odpowie (jak dziwnie to brzmi po całym tym czasie, jak dziwnie smakuje na języku). Jeśli nie odpowie, to ja napiszę znowu, wiem już nawet co. Będę pełna wiary, że tym razem nie skończy się to jak ostatnio i chyba nie będę mieć racji.

(Kiedy napisałam mu, że u mnie jest nienajlepiej, owszem, zapytał o powód, ale kiedy użyłam nazwiska patrona naszej niegdyś wspólnej szkoły, zaśmiał się. Cholera, mnie nie było wcale do śmiechu podczas pisania. Chyba bardzo wrosłam w rolę błazna. Od dzisiaj należy z przyzwyczajenia zaśmiać się sztucznie po każdym moim słowie, żebym czuła się usatysfakcjonowana i spełniona.)


Zastanawiałam się, kiedy dokładnie się w Nim zakochałam. Przyszła mi na myśl sytuacja, kiedy jeszcze ze sobą nie rozmawialiśmy, ale zwróciłam na Niego uwagę, bo jako jedyny poczuł się w obowiązku, żeby obłożyć protekcją zupełnie zagubioną i samotną duszę, nie zwracając uwagi na to, jak bardzo jej dziecinność jest irytująca. patrzyłam z uznaniem, kiedy starał się ułagodzić bezradność, wyciskające jej z oczu oceany łez. Z tym większym uznaniem, że nawet ja, która o innych myśli pięć razy częściej, niż o sobie, nie miałam ochoty przejmować się tą zagubioną duszą - wierzcie mi, że trzeba mieć do tego wiele cierpliwości. Usiąść na schodach obok rozpłakanego i zagubionego dziecka - tyle najwyraźniej wystarczy, żebym przepadła na dwa i pół roku (w tym półtorej od ostatniego spotkania i nieokreśloną liczbę miesięcy od ostatniego wymienionego słowa).

A jednak, kiedy odkryłam swoje zakochanie, byłam zaskoczona. Zdążyliśmy się zaprzyjaźnić - Bóg jeden wie, że nawet jeśli nic nie przeraża mnie bardziej, niż bycie zakochaną w przyjacielu, i tak bym na to pozwoliła. To znaczy - pozwoliłabym nam siedzieć razem na każdej lekcji, śmiać się do rozpuku i odseparowywać się od innych. Teraz przecież też tylko o tamtą przyjaźń walczę (czy nie jest do odrobinę szumna nazwa dla półrocznej znajomości?). Nic innego nie dostanę, wiem. O nic innego jednak nie proszę. Tyle mi wystarczy.


Wróciłam do domu i znowu zasnęłam o zupełnie nieludzkiej porze, to znaczy około osiemnastej. Gdybym nie została brutalne (i bezczelnie) obudzona, chyba nawet nie zapamiętałabym drugiego snu o Nim. Zupełnie innego, niż pierwszy. W tym śnie znowu byliśmy w Tamtym Mieście i rozmawialiśmy, jakby nic nie ostygło, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi we wszechświecie. W śnie nie zaśmiał się z tego, że czuję się paskudnie. W śnie nie zmienił tematu. W śnie był Tym, który przyniósł mi długo - naprawdę długo wyczekiwaną ulgę.

Teraz zastanawiam się, czy to nie tylko za takie sny go kochłam